Zbieracie coś? Pamiętam jak w dzieciństwie zbierałam kapsle i historyjki z gumy Donald. Później przyszedł czas na karteczki do segregatorów i kolorowe długopisy. Kiedy zaczęłam pracować i zarabiać na swoje utrzymanie moje zapędy zbieracza powoli się rozwijały. Doszłam w końcu do etapu, kiedy nie mieściłam się z rzeczami w szafie, więc ubrania i kosmetyki trzymałam w pudłach pod łóżkiem i kanapą.  Najwięcej nowych rzeczy pojawiło się u mnie chyba w momencie, kiedy w moim życiu pojawił się Instagram. Chciałam mieć te wszystkie piękne palety z cieniami, nowe etui na telefon (nowy telefon!), szmatki z H&M, kubki, dodatki do zdjęć, kocyki i poduszki. Kupowałam na potęgę. Jakiś czas temu robiłam porządek w paragonach z poprzednich lat. Nie sądziłam, że problem był tak duży, ale zakupy w H&M, Zarze czy innych sieciówkach robiłam średnio 2 razy w tygodniu. Dopiero zliczenie tych wszystkich wydanych pieniędzy otworzyło mi oczy.




A jak jest dzisiaj, zapytacie. Mam świadomość tego, że wciąż mam za dużo kosmetyków i ubrań, mimo że od dłuższego czasu ich nie kupuję. Kolorówka leży w specjalnym pudełku i czeka aż dokończę to, czego używam aktualnie. Dla jasności – potrwa to wieki, gdyż na co dzień używam 1/podkładu i pudru 2/różu i rozświetlacza 3/tuszu i kredki. Podobnie sprawa ma się z kosmetykami do pielęgnacji. Krem, serum, płyn micelarny, krem pod oczy, tonik. Najlepsze, że kupiłam/dostałam te rzeczy już jakiś czas temu i pewnie niedługo się przeterminują i będę musiała je wyrzucić.  Znacznie łatwiej idzie mi oczyszczanie szafy, część rzeczy sprzedaję, część oddaję, a reszta ląduje w koszu. Jak patrzę na te zbiory i widzę ile czasu musiałam poświęcić na to, by zarobić pieniądze, które tak naprawdę wyrzucę do kosza, to zwyczajnie jestem na siebie zła. I szkoda mi tego czasu. Nie szkoda mi pieniędzy, tylko życia. Bo pieniądze przychodzą i odchodzą, ale czasu nam nikt nie odda. Mimo, że od kilku miesięcy skutecznie minimalizuję i wyzbywam się rzeczy, wciąż mam ich mnóstwo. Mam więcej niż potrzebuję.




Uczę się mechanizmów, które wywołują we mnie stan kiedy „muszę to coś mieć”, uczę się jak je przeczekać, jak zminimalizować „zachciewajki”. Racjonalizuję wiele zakupów. Zastanawiam się, czy już to mam, czy będę tego używać, czy może podoba mi się na kimś, czy nie kupuję przedmiotu, bo podoba mi się styl życia, który się z nim wiąże. Daję sobie czas na przeanalizowanie za i przeciw, staram się nie kupować pod wpływem impulsu. W 99 % mi to wychodzi. Wrzucam coś do koszyka w wirtualnym sklepie i zamykam stronę. Czasem to wystarczy, bo po kilku godzinach czy dniach zapominam o tym. Czasem jakaś rzecz ląduje na liście – jak na przykład czarne kalosze. Planowałam ich zakup chyba 2 lata. Nie jest tak, że były mi przez te dwa lata potrzebne cały czas, ale co roku, kiedy przychodziła chlapa denerwowałam się, że nie mam butów, w których mogłabym bez obaw chodzić po deszczu. W tym roku zdecydowałam się na zakup. Dumnie czekają na deszczowe dni i brodzenie po kałużach.



Często pytacie o spódnicę, dostępna jest tutaj.


Chciałabym pokazywać tutaj i na Instagramie moją drogę, zmianę tego jak podchodzę do posiadania rzeczy, pokazać Wam, ale przede wszystkim sobie, jak ewoluują pomysły, priorytety. Jak z upływem czasu z coraz większą świadomością i celowością skupiam się na tym by być i żyć, niż mieć. Mam nadzieję, że będziecie zainteresowani takimi treściami, a może nawet uda  mi się kogoś zainspirować do zmian w życiu. Jeśli chcecie podzielić się swoimi przemyśleniami, to śmiało piszcie, jestem bardzo ciekawa Waszej drogi, jak patrzycie na rzeczy, na ich posiadanie. Czy jesteście zbieraczami, czy też może minimalizm macie we krwi?

2 komentarze