Skąd się wziął pomysł na „slow life”?

U mnie zaczęło się to chyba pod koniec roku, wszak jest to czas przemyśleń, podsumowań. Chodziły mi po głowie zmiany, takie ważne, życiowe,  zaczęłam wprowadzać je stopniowo do swojego życia. Zaczęło się chyba od  zmiany myślenia o tym, co dla mnie ważne, co mnie cieszy, co chcę robić i z kim. Jakim człowiekiem chcę być. Zdałam sobie sprawę z tego, że rzeczy to tylko rzeczy. Że kolejna torebka, para butów czy biżuteria nie sprawią, że będę szczęśliwsza. Zwłaszcza, kiedy jest się w toksycznej relacji z samą sobą.

Im więcej i mocniej żyję, tak jak teraz, tym bardziej chcę się tego trzymać, bo zauważyłam, że daje mi to radość, spokój i umacnia w przekonaniu, że dokonałam dobrych wyborów. Radość sprawia mi zbieranie fasolki w ogrodzie na obiad, spacery nad jezioro czy gotowanie pysznych, wegańskich potraw. Takie proste rzeczy, których w pędzie życia często nie doceniamy. Mam w końcu czas na czytanie książek, granie w gry planszowe, układanie puzzli czy wylegiwanie się w łóżku. Robię rzeczy, przy których się relaksuję, zwyczajnie odpoczywam np. po dniu w pracy. Zminimalizowałam garderobę, kosmetyczkę, powyciągałam z szaf i szafek mnóstwo niepotrzebnych rzeczy i nadal uważam, że mogłabym więcej wyrzucić, oddać, bo wciąż trafiam na rzeczy, które leżą i czekają…no właśnie, na co?

W końcu mam się w co ubrać! Ba! Im mniejszy wybór ubrań, tym łatwiej komponuje mi się zestawy na następny dzień. Zostały mi (w większości) już tylko te ubrania, które lubię i noszę je z największą przyjemnością. Ale o tym opowiem Wam innym razem…

To chyba tyle jeśli chodzi o mnie, a jak jest u Was? Czy pociąga Was idea świadomego celebrowania codzienności, czy może wolicie żyć napędzane adrenaliną? Jestem bardzo ciekawa Waszych przemyśleń!

4 komentarze