Jakiś czas temu pokazałam Wam na Instastories moje nowe kosmetyki do pielęgnacji włosów i napisałam, że zmieniam sposób ich pielęgnacji. Stało się tak, dlatego że doszłam do tego przykrego momentu, kiedy ich stan zaczął mnie przerażać, a ilość specyfików i ich koszt przyprawiały mnie o zawroty głowy. Pomyślałam, że może nie muszę wydawać fortuny, żeby moje włosy wyglądały dobrze. Poradziłam się w tej sprawie ekspertki – czyli mojej fryzjerki, która oświeciła mnie, że zwyczajnie używam niewłaściwych kosmetyków i choćby były nie wiadomo jak drogie to i tak efekty będą marne. Dowiedziałam się, że mam włosy wysoko-porowate, które swoją strukturą przypominają włosy kręcone i dlatego nie służy mi nadmierna ilość protein,a także keratyny. Jak na złość moje kosmetyki zawierały głównie ten składnik. To by wyjaśniało, dlaczego moje włosy wyglądały jak siano. Fryzjerka poradziła mi, żeby postawiła na olejki i kosmetyki na ich bazie. Obecnie moja pielęgnacja włosów jest dużo prostsza, używam mniej produktów niż wcześniej, a efekty powoli zaczynają być widoczne. Włosy mniej się puszą, lepiej się układają i co ciekawe mniej się przetłuszczają.



Przed myciem na kilka-kilkanaście godzin nakładam na włosy olejek (często nakładam go na noc i rano myję głowę, nie szkodzi to poduszce, bo włosy wchłaniają olejek niesamowicie szybko). Bardzo dobry skład ma właśnie ten do pielęgnacji skóry dla kobiet w ciąży Babydream marki Rossmann. W składzie znajdziecie między innymi olejek ze słodkich migdałów, olej jojoba, makadamia czy słonecznikowy. Oczywiście można stosować też samodzielnie zrobione mieszanki. Do włosów wysoko-porowatych wskazane są oleje takie jak: oliwa z oliwek, olej arganowy, rzepakowy, ze słodkich migdałów, z pestek śliwki abisyńskiej, makadamia, moringa, lniany, z pestek truskawek, nasion bawełny i inne.



Szampon – ma oczyszczać, ale też być delikatny dla skóry głowy, ten którego używam jest przeznaczony dla dzieci, kupicie go w Rossmannie za około 6 zł. Ważne by była to wersja z lwem, bo nie plącze włosów. Następnie nakładam na 2-3 minuty maskę GlissKur z olejami. Jest gęsta i treściwa, więc jeśli macie cienkie włosy, to myślę, że lepiej sprawdzi się u Was odżywka z tej serii. Raz na jakiś czas na zakończenie mycia płuczę włosy w roztworze octu jabłkowego ( mieszam z wodą 2-3 łyżki octu i szklankę wody i polewam tym włosy, nie spłukuję już wodą). Powoduje on, że domykają się łuski włosa, więc są bardziej błyszczące. Ocet wpływa też na skórę głowy, zauważyłam że to właśnie po nim włosy się mniej przetłuszczają i spokojnie mogłabym ich nie myć nawet 4 dni ( ale zazwyczaj myję je co drugi dzień, bo lubię jak pachną).



Na koniec wysuszone ręcznikiem włosy spsikuję odżywką GlissKur z tej samej serii co maska. Nie daję dużo preparatu, bo nie chcę obciążać włosów. Zamiennie z odżywką używam też olejku Moroccan Oil, nie jest to jednak produkt, który w 100% spełnia moje oczekiwania. Raczej nie wrócę do niego ponownie. Następnie suszę włosy z głową w dół, co jakiś czas rozczesując Tangle Teezerem ( swoją drogą szukam podobnej szczotki, ale w bardziej dojrzałej odsłonie, polecicie coś?).

To by było na tyle jeśli chodzi o moją pielęgnację. Myślę, że nieprędko sięgnę teraz po nowe produkty, ponieważ obecne kosmetyki dobrze się u mnie sprawdzają i jestem coraz bardziej zadowolona ze stanu moich włosów.

8 komentarzy