Chyba najwięcej zmieniło się w mojej głowie. Znalazłam równowagę pomiędzy tym, czego potrzebuję i jest mi niezbędne, a tym co mi się po prostu podoba. Na początku, żeby mnie nie kusiło skasowałam aplikacje sklepów internetowych z telefonu, wypisałam się z newsletterów. Zawiesiłam też konto na Instagramie i starałam się nie wchodzić na niego częściej niż raz na kilka dni. To był czas dla mnie. Zadbałam o siebie, o ciało, duszę. Czytałam książki, myślałam, uczyłam się nowych rzeczy. Zrobiłam porządki w szafie. Sumiennie przeczesałam szafy, szafki, ukryte pudełka. Wybrałam rzeczy, których nie lubię, które leżą, bo mogą się przydać, albo, które kupiłam, bo dobrze wyglądają na zdjęciach. Odłożyłam na kupkę ubrania, w których już raczej nie będę chodziła z różnych powodów, a które nadal są dobre. Zamiast pójść do galerii handlowej, w weekendy spotykałam się ze znajomymi, po pracy chodziłam na treningi, które męczyły mnie do tego stopnia, że nie bardzo chciało mi się chodzić po sklepach. Spędzałam czas w domu, z rodziną.



Wyciszyłam się, mam wrażenie, że to mnie wzmocniło. Dziś pięć razy pomyślę, zanim coś kupię. W nawyk weszły mi pytania: Czy rzeczywiście potrzebuję tej rzeczy? Czy jest funkcjonalna, piękna? Czy warto, bym ją zabrała do mojego świata? Każdy mój zakup jest przemyślany. Stosuję zasadę „jeden wchodzi, jeden wychodzi”. Jeśli, oczywiście faktycznie potrzebuję takiej wymiany. Po kilku miesiącach zakupowej abstynencji stwierdziłam, że wcale nie potrzebuję aż tylu ubrań, ile myślałam. Bardzo podobają mi się zadania, w których z małej ilości ubrań można tworzyć liczne kombinacje. Jest to bardzo rozwijające doświadczenie, otwiera oczy jak wiele można mając niewiele.



Wystarczy przez kilka dni pozastanawiać się nad zakupem, szybko okazuje się, że kiedy minie ten pierwszy entuzjazm/szał, przestajemy odczuwac potrzebę kupienia czegoś. Ja, albo robię listy rzeczy, które mi się podobają, albo zapisuję sobie zdjęcia. I tak scrollując po miesiącu galerię w telefonie trafiam na coś, bez czego myślałam, że nie mogę żyć, a w rzeczywistości zapomniałam o tym po kilku dniach. Prawdopodobnie tak samo byłoby gdybym kupiła to ubranie.



Zaoszczędzone pieniądze przeznaczyłam na poprawę swojego budżetu i oszczędności, zaczęłam też myśleć inaczej o zarobionych pieniądzach. Nawet jeśli mogę sobie na coś pozwolić, zastanawiam się czy faktycznie chcę na tą rzecz przeznaczyć ileś tam godzin mojego życia. Bardzo cenię swój czas i to jak mogę go spędzać, nie czuję potrzeby przesiadywania w pracy po godzinach. Nie kręcą mnie obniżki, wyprzedaże, promocje (one są przecież non stop!). Coraz większą uwagę przywiązuję do składu i jakości. Pozbyłam się z szafy akrylowych swetrów, powoli wykańczam ostatnie bluzki z poliestru. Oddałam 8 par praktycznie nie noszonych szpilek z „plastiku”.



Porządki i zaprzestanie zakupów ubraniowych przeniosłam też na strefę kosmetyczną. Jako „influencerka” dostawałam mnóstwo paczek PR-owych z kosmetykami. Część oddawałam rodzinie, znajomym, dodawałam do paczek przy wyprzedażach szafy, a część lądowała w pudle „na później”. Tylko ten czas „na później” rzadko kiedy przychodził, bo ciągle pojawiało się coś nowego. Na szczęście nie jestem typem, który ma rozpoczętych 6 butli żelu pod prysznic czy szamponu. Na półce zawsze stoi po jednej sztuce danego kosmetyku, mam jednak duży zapas, i tak skutecznie od kilku miesięcy te zapasy zużywam. Posłużą mi jeszcze pewnie z rok.



Jak tego dokonać? Tak, jak z każdym postanowieniem –
metodą małych kroków. Spróbuj przez miesiąc, przez trzy miesiace, pół roku. Osiąganie małych celów przynosi satysfakcję.

Brak komentarzy